|
Kontakt |
ZARZĄD KRAJOWY ul. Emilii Plater 55/81 00-113 Warszawa tel./fax: 022 620 69 66 tel.: 0 399 10 88 99 mail: poczta[at]racja.org.pl PRZEWODNICZĄCY Maria SZYSZKOWSKA tel./fax: 022 620 69 66 SEKRETARZ GENERALNY Jan BARAŃSKI tel.: 698 831 308, e-mail RZECZNIK PRASOWYTeresa JAKUBOWSKA tel./fax: 022 621 41 15 tel. 606 374 747, e-mail Konto: ING Bank, nr 04 1050 1461 1000 0022 6600 1722 |
|
SERWIS INFO |
| Zapisz się do SERWISU INFO |
|
|
POLECANE KSIĄŻKI |
|
PROMOCJA CENOWA! |
|
|
06 sierpnia 2007 |
 Pod banderą Faktów i Mitów
Przygotowania trwały od ponad dwóch tygodni, ale tak naprawdę wszystko zaczęło się w niedzielny ranek, 15 lipca, kiedy przyjęliśmy jacht i zaczęliśmy zwozić nań zaopatrzenie. Pięciu śmiałków: Leszek Radochoński – kapitan, Ziemowit Bujko – I oficer, Zbigniew Krzykowski, Mieczysław Krumholc i Henryk Wiszniowski podjęło wyzwanie zaniesienia antyklerykalnego kaganka oświaty na plaże polskiego Bałtyku. Niebawem dołączyć miał do nas szósty, przedstawiciel Jonasza, Michał Piasek.
Załadowaliśmy wspólnie na naszą „Lady S” zapas gazet, ulotek i baner reklamowy i w zasadzie mogliśmy już ruszać. Kapitan jednak zarządził, szczególnie dla nowicjuszy, podstawowe szkolenie z zakresu zasad bezpieczeństwa obowiązujących na jachcie.
Z portu wychodziliśmy oczywiście na silniku, ale praktycznie tuż za główkami portu postawiliśmy żagle i skierowaliśmy się do Władysławowa, które miało być pierwszym etapem naszego rejsu. Morze było spokojne, nawet powiedziałbym za spokojne, gdyż nie chciało wykrzesać nawet odrobiny wiatru, który poniósłby nas w stronę cypla helskiego. Dzięki czemu trasę, którą normalnie pokonuje się w trzy, góra - cztery godziny męczyliśmy bite kilka godzin. Dopiero za półwyspem, a więc już na otwartym morzu zaczęło trochę wiać. To pewnie za sprawą Neptuna, którego kapitan zgodnie ze zwyczajem obłaskawił odrobiną dobrego alkoholu. Antyklerykalizm antyklerykalizmem, ale pomocy sił nadprzyrodzonych nigdy za wiele. Dzięki sojuszowi z władcą mórz już następnego dnia przed południem dumnie wpływaliśmy do portu Władysławowo. Wskazano nam miejsce postoju i po obiedzie mogliśmy zacząć wykonywać pierwsze zadanie. W tym celu udaliśmy się na pobliską plażę z pełnymi plecakami „Faktów i Mitów”. Kiedy ruszyliśmy przez plażę w reklamowych uniformach ludzie brali gazety jak świeże bułki. „Proszę bardzo, gazetki dajemy, cała Polska czyta, póki jeszcze może”... Panie można też? Pyta jakiś przeoczony plażowicz. „Oczywiście szanowny Panie, nie tylko można, ale nawet trzeba, czytamy wszyscy, bo następne numery już być może będą na powielaczu”... i tak dalej. Przez godzinę przeszliśmy tam i z powrotem plażę, rozdając cały przygotowany zapas. Wróciliśmy więc na jacht po kolejną partię, zjedliśmy posiłek i z nowym zapasem prasy udaliśmy się na najbardziej ruchliwe skrzyżowanie w mieście. I znów gazety poszły jak woda. Na pokładzie została tylko partia przygotowana na Łebę. Udaną akcję uczciliśmy puszką piwa na głowę, zjedliśmy zasłużoną kolację i około 22.00 opuściliśmy Władysławowo, udając się do Łeby.
Od samego początku powiał nam „w mordę wind”, czyli wiatr z kierunków przeciwnych, więc trzeba było halsować. Bardzo długo nie chciały z oczu zniknąć ani główki portu Władysławowo, ani latarnia Rozewie, ale gdy wstałem na poranną wachtę, tzw. „świtówkę” otwierała się właśnie latarnia Stilo. W dodatku całkowicie siadł wiatr. No, w takim tempie to do Łeby dojdziemy na kolację, pomyślałem i po krótkiej konsultacji z Leszkiem, kapitanem, po analizie wiatru, prognoz pogody, postanawiamy odpuścić Łebę, bo w środę bezwzględnie musimy być w Ustce, tam wszak czeka na nas kolejna partia zaopatrzenia. Postanawiamy halsować bardziej w morze, by szukać wiatru i potem na jednym halsie dojść do Ustki. Niestety nie pomyśleliśmy, by powiadomić przez radio port w Łebie, a telefony komórkowe w morzu zasięgu nie mają, więc... się zaczęło...
Już przed Ustką, następnego dnia nad ranem wywołuje nas Witowo Radio i informuje, że jesteśmy poszukiwani, jako zaginieni. Wchodzimy do portu, a na kei, mimo deszczu, czekają przedstawiciele straży granicznej i kapitanatu portu i podejrzliwie się nam przyglądają. Spisali dane i dopiero wtedy wyjaśnili nam, że jesteśmy od rana poszukiwani przez Redakcję, mieliśmy być w Łebie, wczoraj, i nie dotarliśmy tam, więc nie wiadomo co mogło się stać. Na szczęście pogoda sprawiła, że obawa o nasze bezpieczeństwo okazała się płonna, przecież w ogóle nie wiało.
Po wyjaśnieniu wszystkich spraw odbyliśmy naradę „bojową” i stwierdziliśmy,
że musimy odpracować nazajutrz wszystkie zaległości. Dodatkowo wykruszył nam się jeden członek załogi. Michał, przedstawiciel redakcji stwierdził, że żeglarstwo jest piękne, ale... on woli odwiedzać nas w portach. O jego umiłowaniu żeglowania świadczą słowa, którymi powitał swojego zmiennika Waldka (Waldemara Szydłowskiego), ściągniętego przez nas w trybie awaryjnym: „Stary, jak możesz to sp...”.
Ponieważ dzień kończył się rzęsistą ulewą, robotę przełożyliśmy na czwartek. Od rana, kiedy tylko Michał z Ryśkiem dostarczyli nam prasę ruszyliśmy na plażę. Mieliśmy jeszcze zapas, który przywieźliśmy ze sobą, który miał być rozprowadzony w Łebie, więc zabraliśmy go też ze sobą. Dwóch z nas stanęło przy wejściu na plażę i wręczało gazety ludziom wchodzącym na teren plaży, a dwóch z naręczami gazet udało się wśród ludzi już okupujących plażę. I znów jak we Władysławowie „Fakty i Mity” cieszyły się dużym zainteresowaniem. Niektórzy otwierali oczy ze zdziwienia, że taka gazeta ukazuje się i że można ją kupić w kioskach. Ale byli i tacy, jak pewna starsza kobieta. Kiedy wręczałem egzemplarz jej mężowi, niemal błagała: „Jasiu, nie bierz tego, to szatan jest! Szatan”!!!
Ale ciekawość pana Jasia przeważyła i mam nadzieję, że nie miał przez to potem „cichych dni”. W tym dniu cała Ustka była nasza i trudno było gdziekolwiek w mieście znaleźć kogoś, kto nie dostałby przynajmniej jednego numeru naszego tygodnika. A bywało, że ludzie wiedząc gdzie stoimy odwiedzali naszą „Lady S” w poszukiwaniu dodatkowych numerów, gadżetów, ulotek czy też po prostu informacji.
Chętnie zostalibyśmy dłużej w tym sympatycznym porcie, ale obowiązki kazały wieczorem rzucić cumy i pożegnać kolorową i rozbawioną Ustkę. Tym razem Neptun okazał się być dla nas łaskawszy i zgodnie z planem, po nocy żeglugi około godziny 8 rano w piątek dotarliśmy do Darłówka. Zadzwoniliśmy po zaopatrzenie, gdyż w Ustce rozdaliśmy wszystko, co mieliśmy, łącznie z zapasem, który miał pójść w Łebie. Może to dzięki temu tak lekko nam się płynęło...
W Darłówku jest most zwodzony, który otwiera się co godzinę, by wszystkie jednostki zdążające do Darłowa mogły wpłynąć w nurt rzeki Wieprzy. Przystań dla jachtów też znajdowała się po drugiej stronie mostu, więc musieliśmy przepłynąć nieco dalej. Darłówko zapisało się nam w pamięci z dwóch powodów. Po pierwsze: była to najlepsza marina, w jakiej stacjonowaliśmy, mimo iż mała i kameralna, to jednak oferowała ciepłą wodę, prysznice, a nawet pralkę i... internet. I to wszystko w ramach opłaty portowej. Po drugie, to, co tam zrobiliśmy to było mistrzostwo świata. Ustawiliśmy się przy wejściu na ów zwodzony most, który łączył dwie części miasta, położone po obu brzegach Wieprzy. W obu częściach były plaże, ale punkt, który wybraliśmy okazał się być strategicznym. Jeden z nas uzupełniał zapasy z oddalonego o około 200 m jachtu, a pozostali obdzielali mieszkańców Darłówka i turystów egzemplarzami FiM i ulotkami. Rozdaliśmy w ten sposób dobre kilka tysięcy egzemplarzy tygodnika. W tym dniu w Darłówku przebywała ekipa telewizji TVN, która nagrywała program związany z promocją „Play,a”. Sensację wzbudzała urocza prezenterka Omenaa Mensah, znana choćby z ostatniej edycji „Tańca z gwiazdami”. Jakież było moje zdziwienie, kiedy ujrzałem panią Omenaę z tygodnikiem „Fakty i Mity” w ręce. Niestety odmówiła dłuższej rozmowy, ponieważ akurat była w pracy. Zapraszała na popołudnie do miasteczka „Playa”, ale... nam już spieszyło się do Kołobrzegu.
Darłówko opuściliśmy około godziny 18.00. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem, ale... stara prawda mówi, że jak coś może się zepsuć, to na pewno się zepsuje. Tylko dlaczego w takim momencie? Nadeszła noc, nasza „Lady S” pruła fale z prędkością około 3-4 węzłów, aż nagle zauważyliśmy, że...nie mamy świateł nawigacyjnych. Co to oznacza dla małego jachtu, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Byliśmy po prostu niewidoczni dla innych. Pogoda tym razem dopisywała, zawiodła technika.
Do Kołobrzegu podeszliśmy równie szybko, jak wcześniej do Darłówka, ale nie mogliśmy wejść do portu bez tych cholernych świateł. Trzeba więc było wytracać czas do wschodu słońca. Zaczęliśmy więc kręcić się na redzie tam i z powrotem, aż zaczęła powoli się psuć pogoda, nadeszły szkwały i zrywały się drobne opady. Coraz bardziej nas kołysało, ale znosiliśmy to dzielnie. Wreszcie rozjaśniło się na tyle, że mogliśmy podjąć próbę wejścia do portu. Bardzo sprawę utrudniał nam poprzeczny prąd morski i wiatr, który już zdążył się zmienić na przeciwny. Na szczęście posłuszeństwa nie odmówił silnik i około godziny 8 rano mogliśmy zacumować w marinie portu Kołobrzeg. Zanim nadjechali nasi łódzcy koledzy z zaopatrzeniem mogliśmy zająć się śniadaniem, sklarowaniem sprzętu i porządkiem na jachcie. Naprawiliśmy też te nieszczęsne światła nawigacyjne.
Tuż po zacumowaniu odwiedził nas również szef kołobrzeskiej RACJI PL Grzegorz Stalmach, z którym omówiliśmy plan dwóch dni pobytu w Kołobrzegu. Okazało się, że w zaimprowizowanej konferencji prasowej nie weźmie udziału szef RACJI, Jan Barański, któremu obowiązki nie pozwoliły przybyć do Kołobrzegu, wobec czego obowiązek reprezentacyjny spadł na barki sekretarza generalnego, który „przypadkowo” był członkiem załogi jachtu. Trzeba przyznać, że jacht wszędzie, gdzie cumował stanowił niemałą sensację. Wzrok przechodniów przyciągał baner reklamowy rozwieszony na relingu w dziobowej części jachtu. Prowokował do zadawania pytań, a nawet do próśb o gadżety. Nie inaczej było i tu, w Kołobrzegu.
Około południa dostarczono nam zaopatrzenie i od razu pierwsze egzemplarze „Faktów i Mitów” powędrowały „w miasto”. Jak rzadko kiedy w tym rejsie, mogliśmy także zjeść obiad bez kołysania i obawy, że coś nam zjedzie z talerza. Po posiłku udaliśmy się wraz z Grzegorzem do miasta, by uzupełnić zapasy żywności i zrobić zakupy na dzisiejszego grilla. Po powrocie do portu zastaliśmy przy jachcie przedstawicieli ekipy zachodniopomorskiej RACJI, którzy interesowali się naszą misją oraz powoli szykowali się do spotkania przy grillu.
Popołudniu pojawił się dziennikarz miejscowej gazety „Kulisy kołobrzeskie”. Traf chciał, że przy okazji także i żeglarz. Pytał zarówno o sprawy związane z żeglowaniem, jak i o stronę, nazwijmy to merytoryczną rejsu. Sporo pytań dotyczyło też partii RACJA i jej programu oraz działalności.
Jeszcze trwał wywiad a już zza potężnego hangaru, stojącego nieopodal mola, przy którym cumowaliśmy dobiegały dźwięki muzyki i głośne śpiewy. To ekipa zachodniopomorskich członków RACJI pod wodzą Zbyszka Gocha, przewodniczącego szczecińskiego koła partii, rozpoczynała grillowanie. Wreszcie i my, z kapitanem, załatwiwszy wszystkie sprawy organizacyjne mogliśmy dołączyć do biesiadujących. Krótkie wprowadzenie, omówienie istoty rejsu i zadań na jutro i można było już oddać się rozkoszom podniebienia. Po paru dniach spożywania gotowych potraw z puszek, bądź ze słoików dania z grilla były szczytem sztuki kulinarnej. A jeszcze podlane piwem... mhmm, niebo w gębie. Śpiewom i toastom nie było końca. Nie zapomnieliśmy również o naszym sponsorze, Jonaszu, któremu odśpiewaliśmy gromkie „Sto lat”. Zabawa trwała do późnej nocy, a ci, co mieli jeszcze siły dokończyli ją w pobliskiej tawernie.
Nazajutrz obudził nas deszcz i... wszystkie ambitne plany wzięły w łeb. Numery „Faktów i Mitów”, które miały być tego dnia rozdane, po odłożeniu zapasu na drogę powrotną (planowaliśmy odwiedzić Łebę, co nie udało się nam wcześniej i ewentualnie Jastarnię), powędrowały do siedziby kołobrzeskiej RACJI, a my powoli rozpoczęliśmy przygotowania do wyjścia w morze. Niestety, prognozy pogody nie były pomyślne, zapowiadano wiatr o sile nawet do 10 stopni w skali Beauforta. Wszystkie jednostki, które tylko mogły powracały do portu, w tych warunkach Leszek, kapitan jednostki, podjął decyzję o odłożeniu wyjścia o 24 godziny. Wzmocniliśmy cumy i inne zabezpieczenia, by uniknąć ewentualnych niespodzianek. Wybraliśmy się jeszcze tylko na spacer, by zobaczyć na własne oczy jak wygląda sytuacja na redzie i muszę przyznać, że nie był to widok napawający optymizmem. Po drodze oczywiście rozdaliśmy każdy po naręczu „Faktów i Mitów”.
W nocy dało się odczuć nieco skutki sztormu. Pomimo, że jacht od wyjścia z portu dzieliło dobre 1000 m, wyraźnie czuliśmy kołysanie. Nazajutrz rano sytuacja prawie wcale się nie zmieniała, chociaż prognozy były już bardziej optymistyczne. Przede wszystkim miało wiać z zachodu, co dla nas było korzystne. Poza tym pod wieczór „ósemka” miała przejść w „szóstkę”, co umożliwiało już wyjście i bezpieczną żeglugę, więc w tej sytuacji postanowiliśmy wieczorem opuścić gościnny Kołobrzeg.
Początkowo wszystko szło jak po maśle, ale... raz jeszcze okazało się jak nieprzewidywalny potrafi być wiatr. Na wysokości Ustki nagle po prostu zanikł. Podobno taka sytuacja zgodnie z tabelami zawartymi w locji, w lipcu w tym rejonie zdarza się statystycznie tylko raz. Kurczę, chyba powinniśmy zagrać w totolotka, z takim szczęściem. A więc z Łeby znów nici. A takie tam mają dobre prosiaki z grilla...
Bierzemy zatem kurs na Rozewie i trochę na silniku, trochę na żaglach szukamy wiatru. Wreszcie stało się możliwe iść z prędkością 3-4 węzłów i powoli przybliżaliśmy się do Helu. Niestety wiatr nagle zmienił kierunek i wiał nam w dziób, czyli z południowego wschodu. Z problemami, ok. godziny 14.00, w środę, dotarliśmy wreszcie do Zatoki Gdańskiej. Od Gdyni dzieliło nas już tylko 9 mil i... tam dopiero się zaczęło.
Powiało chyba z osiem. Fala była coraz wyższa, wiatr zrywał z fal białe grzebienie, ale nasza „Lady S” spisywała się dzielnie. Jednakże silny wiatr spychał nas to pod Gdańsk, to znów pod Jastarnię. Mozolnie pokonywaliśmy każdy kabel odległości do Gdyni. Wreszcie zdecydowaliśmy się odpalić silnik. Główki znajomego portu zaczęły się przybliżać, a i kurs utrzymać było dużo łatwiej.
Do Gdyni wchodziliśmy około północy. Na molo witał nas właściciel jachtu i... żona Mieczysława, która czekała tam ładne kilka godzin. Wreszcie ostatnia cuma została obłożona na polerze i można było oficjalnie zakończyć naszą wyprawę. Ze względu na późną porę na zdanie jachtu umówiliśmy się nazajutrz rano. Wtedy też postanowiliśmy rozprowadzić po gdyńskiej plaży resztę egzemplarzy „Faktów i Mitów”.
Łącznie w czasie 11 dni trwania rejsu rozprowadziliśmy ponad 15 tysięcy egzemplarzy gazety. Mamy nadzieję, że tygodnik zyska dzięki temu nowych czytelników, a partia sympatyków, a może i członków. Akcję oceniamy jako udaną, były oczywiście pewne niedociągnięcia, które gdyby wyeliminować, pozwoliłyby osiągnąć jeszcze większy sukces. Ale to był przecież nasz pierwszy raz. Mamy nadzieję, że nie ostatni. Wszak trzeba siać,siać,siać...
ZIEMOWIT BUJKO
|
|
|
|
STRONY LOKALNE |
Wałbrzych www Kujawsko-pomorskie www Zachodniopomorskie www Lubuskie www Mazowieckie www Świnoujście www Stargard Szczeciński www Szczecin www Katowice www Opole www Podkarpackie www Łódzkie www |
|